Znacie ten dowcip, w którym facet wstaje rano, drapie się po jajkach i myśli, że ten dzień będzie choć trochę lepszy niż poprzedni? Były jego urodziny, więc miał nadzieję na to, że żona da mu jakiś prezent. A ta nic. Nawet jajecznicy mu nie usmażyła. Poszedł więc do pracy jak zawsze.

Zrobiło mu się o wiele milej kiedy jego sekretarka złożyła mu życzenia i zaprosiła go na drinka. Zgodził się, bo potrzebował szybkiej najebki, żeby zapomnieć o tym koszmarnym dniu.

Zaprosiła go do siebie. Gdy on już siedział na kanapie – napalony jak kornik na szafę- powiedziała, że zaraz wraca. Po kilku minutach wróciła, niosąc dla niego ogromny tort urodzinowy, a obok niej stała jego żona, dzieci i wszyscy współpracownicy. Wszyscy śpiewali sto lat, a on siedział nagi na kanapie, zakładając sobie prezerwatywę.

Ta historia nie jest reklamą durexa, nie jest też opowieścią, w której faceci ślinią się na widok stringów na tyłku. To historia o rutynie, która prędzej czy później pojawia się w każdym związku. Ona jest jak czarna dupa o której pisał S. Kisielewski. Ona sama w sobie nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy się w niej urządzać. Kiedy oprócz mebli, łóżka i szafy jest w niej stałe miejsce dla kogoś, kto kiedyś postanowił tam z nami zamieszkać, ale to miejsce z czasem staje się puste.

Dobry związek nie polega tylko na tym, że robi się razem zakupy i spłaca się kredyt. Dobry związek polega na tym, że to miejsce, które zostawiamy dla kogoś innego, ciągle jest wypełniane.

Że musimy je ciągle odkurzać, czyścić i szorować, żeby nie został tam tylko kurz. I że ta druga osoba też musi nad tym pracować, a nie wpierniczać się z brudnymi butami na dywan.

Że wybieramy ludzi, którzy są tacy jak my. Którzy tak samo jak my, są niedoskonali, czasami płaczą, są słabi i w porównaniu z kosmosem i całą galaktyką bardzo, bardzo mali. Ale którzy chcą być bardziej. Którzy chcą poprawiać swoją atrakcyjność, pracować nad swoimi wadami, zmieniać się i ciągle być wyzwaniem.

Bo chyba wszystko sprowadza się do wyboru. Do wyboru osoby z którą można żyć. Z którą można zbudować coś fajnego. Która nas nie odrzuci. A ludzie odchodzą od nas wtedy, kiedy po raz pierwszy zostaną odrzuceni. I to trzeba sobie zapamiętać, wbić do głowy i wykuć na pamięć, jak tabliczkę mnożenia.

Jeżeli myślisz że to jest banał, to popatrz na ludzi, którzy już tego nie robią. Którzy przestali być czuli i wspierający. Którzy gaszą pożary biegając z dziurawymi wiadrami, a w których dziury są już tak wielkie że zanim dobiegną do ognia nie mogą go zgasić, bo brakuje im wody.

Rutyna pojawia się zawsze. Chodzi tylko o to co zrobimy, żeby z nią walczyć. Czy w momencie, w którym zacznie nas połykać, będziemy się wspierać, motywować i napędzać, czy może zachowamy się tak jak ten koleś- wstaniemy z łóżka i zaczniemy drapać się po jajkach.

 


Zdjecie: istock/dannikonov, magazyn ohme. Dowcip: pokolenieikea.