Lubię ten stan, kiedy nie myślę o tym co będzie jutro. Wieczór, w którym siedzisz na ławce i masz wyjebane. Gacie leżą luźno, nic Cię nie gniecie, a Ty czujesz że jesteś w najlepszym momencie swojego życia. Może nie najlepszym, ale w dobrym. Trzeba być wdzięcznym za wszystkie dobre chwile.

Za te chwile, w których czujemy się dobrze. Nawet sam Da Vinci, malował Mona Lize przez siedemnaście lat. Może go wkurwiała, może mu się nie chciało, a może czekał na odpowiedni moment.

Bo są takie momenty, które trzeba łapać. Trzeba je chwytać. Dobre chwile to nie torebki, nowe buty, napis Armani, homar w misce,czy kawałek blachy w garażu. Dobre chwile, to ja tu i teraz. Poczucie, że robisz to, co do Ciebie należy. Bo w życiu trzeba robić swoje.

Jak masz rodzinę to dbasz o nią, a nie niszczysz tych których kochasz.
Jak….

Reszta to sterydy. Niby mięśnie Ci puchną ale wiesz, że są one jak balon.

Jebać Armaniego.

Dzisiaj czytałem o takim prezenterze telewizyjnym Tobiasu Schlegl’u. U szczytu swojej kariery zarbiał kupę forsy. Ale zrezygnował z niej tylko po to, żeby za 700 euro miesięcznie jeździć karetką do chorych. Bo tak czuł, bo tak mu się życie ułożyło. Bo miał dosyć homarów, satyny i życia kupionego u ruskich na bazarze. Że niby jest adidas, ale z czterema paskami.

Teraz jest szczęśliwy. Takiego szczęścia Wam życzę. Niekoniecznie na karetce, ale:

Szczerych uczuć,

Prawdziwych przyjaźni,

Miłości, która daje frajdę i poczucia, że wszystko jest ok.

I dużo ciepłych wieczorów.

Dobranoc…